poniedziałek, 26 sierpnia 2013

HISTORIA PEWNEGO WOLNEGO DNIA... CZYLI TEKST DLA POPRAWIENIA HUMORU

Była wczesna wiosna, marzec jakiś czy coś koło tego, Miałem wolny  dzień postanowiłem więc oddać samochód do  mechanika - przegląd trzeba w końcu było zrobić. I tak go  już odwlekałem. Olej, filtry, takie tam. No i w związku z tym miałem trochę czasu, jakieś 3 godzinki. Przecież nie będę stał ludziom nad głową. Postanowiłem pojechac do sklepu w którym robiłem zakupy dzień wcześniej i oddać nietrafiony zakup. Jest taka opcja, na całe szczeście. W tamtą strone miałem fart bo podrzucił mnie właściciel warsztatu, jechał akurat w tamte okolice. Ale z powrotem to  juz per pedes trza było - a dokładniej  ujmując "per transportum publicum".  No i tu się zaczęło... Tak dawno nie jeździłem zbiorową komunikacją że już nie pamiętam. A i wtedy był to tramwaj i to tylko kilka przystanków jedną linią. Tu stanąłem przed nielada wyzwaniem. Połączenia bezpośredniego nie było. Przesiadki mnie czekały. Na początek bilety: ide do kiosku i prosze o trzy zwykłe - tak na wszelki wypadek. Ja ci patrzę a tu  bilety na 40 minut i mnie wcięło. Zapłaciłem cos ponad dychę. Pomyślałem sobie - spoko, może to i lepiej, przesiadki mnie czekają to może na jednym dojadę , no góra na dwóch. Jak zostanie to moze sie  kiedys przyda, jeść nie woła. Ale nie wziąłem jednego pod uwage. Połączenia sie nie zazębiają w czasie, a więc za stanie na przystanku też płacę. Poza tym połączeń nie sprawdziłem (mea culpa) Trochę jak dziecko we mgle się poczułem. Znam miasto trochę i  ulice którymi  miałem sie poruszac ale mimo wszystko nieprzygotowany do zadania byłem. Co innego  jak sie swoim autem jedzie, a co innego  jak sobie musisz nazwy ulic przypominać. Nic to, pomyślałem. Ochoczo powędrowałem więc na przystanek tramwajowy. Czekam, czekam, dupa marznie. Spodnie zesztywniały, to co wspodniach  to już nie mówię. Wieje nieprzmierzając jak w kieleckim. Przyjechał w końcu czarter. Wsiadłem. Ciepło chociaz przez chwilę się zrobiło, bo raptem 3 przystanki  mogłem podjechać. Z nosa zaczęło mi cieknąć. a tu  trzeba wysiadać. Teraz na przystanek autobusowy. 500 może 700 metrów - niedaleko. Tak się wydawało. Zapomniałem ze na nogach trzeba dojść. Brnę zatem przez śniegi - bo  chodniki  słabo  odśnieżone. Jestem w końcu. Czytam rozkład, szukam ulic. Jest !!! zdaje się ze ten jedzie w moją stronę. jakies dziwne nazwy ulic któych nie znam są po drodze, ale powinienem dojechać. Poczekałem kilkanaście minut, znowu  mi  dupa zmarzła - trochę mniej, bo wiata była, ale jednak. Wsiadłem. Ciepło, może lekko zajeżdżało, ale w tym wypadku zdecydowanie lepszy lekki smrodek  niż zimne śweże. Jadę, zerkam nerwowo  na zegarek, bo  jak znam moje szczescie to jak mi się czas skończy zaraz jakis kanar się napatoczy. Rozglądam sie, co to ? Ups, skręcam w ulicę w którą nie powinienem. Wysiąśc trzeba. Jasny szlag! Wysiadam zatem. Przystanek następny widzę niedaleko, morda mi sie cieszy  mimo że sztywna jak maska. Uśmiechnąłem się i  zęby mi  zmarzły. W trzy minuty dotarłem, i czekam na dyliżans. Z rozkładu wychodzi  że powinien juz być. Nie ma. Stoję i czekam, nos mi zamarzł,  znaczy  to co w nim miałem, dupa ocyzwiście też. Zimno uśpiło moją czujność. Coś jedzie. Wsiadam, ciepło. Super, tłoku nie ma. Bilet się skończył, czas znaczy, kasuje więc drugi. Próbuję trafić w kasownik, bo trzęsie nieco, w końcu ulice pod koniec zimy są jak ser nieprzymierzając szwajcarski. Jest, udało się wszedł, rzegotnęło, rozgladam sie, a autobus zamiast prosto jechac, na pierwszym skrzyżowaniu  skręca w prawo. Rwał twoja nać !!!. Skręcił i jedzie na Pszczółkę Maję czyli gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. Wysiadam na pierwszym przystanku. Mróz jest, w końcu  zima.  Znów mi dupa marznie. Przystanek w drugą stronę jest na szczęście po drugiej stronie ulicy. czekam na jakikolwiek autobus, w końcu mam tylko jeden przystanek do  przejechania, tylko  że długi. Po kilku minutach przyjechał, wsiadam i jadę, dupa mi odmarza, ale nie całkiem bo za krótko jadę. Wysiadam i ide do przejsćia dla pieszych. Ulica szeroka po trzy pasy w każda stronę, więc czekam grzecznie, aż mi się zielone zapali. Mimo że długo to trwa, wolę nie ryzykować. Ślisko jest a ruch jak  na Marszałkowskiej. W końcu i  dla mnie zaświeciło zielone światełko. Wracam, na przystanek z którego odjechałem kilkanaście minut temu. Czekam na następny dyliżans. A dupa oczywiście marznie. minęło chyba z 10 minut i nic. Potem jeszcze dwie. I  jeszcze jedna... Wytężam wzrok i...Jest, gdzieś w oddali majaczą wymarzone  kształty - nie to nie moja żona, to autobus jedzie. Sprawdzam czy mnie nie wywiezie. Nie, tym razem ten pojazd podąża w dobrą stronę. Dupa mi zamarzła. Wsiadam, jadę bilet jeszcze ważny, ale nerwowo spogladam na zegarek. 4 przystanki i wysiadka. Teraz jeszcze trzeba przejść z 500 metrów do kolejnego przystanku. A wiatr jakos nie chce osłabnąć. nawet chyba zimniej się zrobiło. Po paru minutach jestem na przystanku. Dwóch zmarzniętych chętnychy i  jedna chętna też zmarznięta, wszyscy czekają na transport. Patrzę na rozkład, wychodzi  na to że własnie 4 minuty temu odjechał. Jakby odjechal toby ich tu, takich zmarzniętych nie było. Następny ma być za jakies 16 minut. Iść czy  zostać i czekać? Trudny  wybór. Może się spóźnia ten co to miał być cztery  minuty temu? Liczę na Jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni. A może  jednak iść ?Jak pójdę to może się trochę rozgrzeję, bo będzie ruch, ale jak będzie za zakrętem bardziej wiało to mi  znowu  dupa zmarznie. Postanowiłem że poczekam. Niby stąd jest niedaleko, ale jak sie jedzie samochodem. Piechotą to już nie tak bardzo. to  mniej wiećej  tak jak na tej tablicy :-) No  więc czekam. Jakieś 12 minut może 13. Dupa mi zmarzła i bilet się skończył. Przyjechał autobus. Wsiadłem, trzy przystanki i tylko ...jakieś 500 metrów na butach. Wysiadem z autobusu doszedłem do warsztatu. Auto gotowe. Całe szczęście.  Przez ten mróz zachciało  mi sie jeszcze do WC-tu. Ledwo znalazłem "końcówkę". Trzeba było  kalesonki  w szafie znaleźć i na zadek założyć, a nie narzekać. Kolejnej takiej podróży w tych warunkach atmosferycznych bym nie zniósł. Cała "podróż" powrotna zajęła mi z półtorej godziny. Samochodem przejchałbym to w 10 no może w 15 minut. Taniej wcale nie było i do tego zdecydowanie dłużej, no i jeszcze ten cholerny mróz. Dupa odmarzała mi z godzinę. Szczere wyrazy podziwu  dla wszystkich którzy muszą jeździć komunikacja miejską, a z przesiadkami  to juz w ogóle. Nie dość że topografię miasta znać muszą jak niegdysiejsi tasówkarze, to do tego rozkład jazdy też wkuć muszą na pamięć. No i ten stracony czas. Wolę jednak mój stary samochód. Sorry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz