Była wczesna wiosna, marzec jakiś czy coś koło tego, Miałem wolny dzień postanowiłem więc oddać samochód do mechanika - przegląd trzeba w
końcu było zrobić. I tak go już odwlekałem. Olej, filtry, takie tam. No i w związku z tym miałem trochę
czasu, jakieś 3 godzinki. Przecież nie będę stał ludziom nad głową.
Postanowiłem pojechac do sklepu w którym robiłem zakupy dzień wcześniej i
oddać nietrafiony zakup. Jest taka opcja, na całe szczeście. W tamtą
strone miałem fart bo podrzucił mnie właściciel warsztatu, jechał akurat
w tamte okolice. Ale z powrotem to juz per pedes trza było - a
dokładniej ujmując "per transportum publicum". No i tu się zaczęło...
Tak dawno nie jeździłem zbiorową komunikacją że już nie pamiętam. A i
wtedy był to tramwaj i to tylko kilka przystanków jedną linią. Tu
stanąłem przed nielada wyzwaniem. Połączenia bezpośredniego nie było.
Przesiadki mnie czekały. Na
początek bilety: ide do kiosku i prosze o trzy zwykłe - tak na wszelki
wypadek. Ja ci patrzę a tu bilety na 40 minut i mnie wcięło. Zapłaciłem
cos ponad dychę. Pomyślałem sobie - spoko, może to i lepiej, przesiadki
mnie czekają to może na jednym dojadę , no góra na dwóch. Jak zostanie
to moze sie kiedys przyda, jeść nie woła. Ale nie wziąłem jednego pod
uwage. Połączenia sie nie zazębiają w czasie, a więc za stanie na
przystanku też płacę. Poza tym połączeń nie sprawdziłem (mea culpa)
Trochę jak dziecko we mgle się poczułem. Znam miasto trochę i ulice
którymi miałem sie poruszac ale mimo wszystko nieprzygotowany do
zadania byłem. Co innego jak sie swoim autem jedzie, a co innego jak
sobie musisz nazwy ulic przypominać. Nic to, pomyślałem. Ochoczo
powędrowałem więc na przystanek tramwajowy. Czekam, czekam, dupa
marznie. Spodnie zesztywniały, to co wspodniach to już nie mówię.
Wieje nieprzmierzając jak w kieleckim. Przyjechał w końcu czarter.
Wsiadłem. Ciepło chociaz przez chwilę się zrobiło, bo raptem 3
przystanki mogłem podjechać. Z nosa zaczęło mi cieknąć. a tu trzeba
wysiadać. Teraz na przystanek autobusowy. 500 może 700 metrów -
niedaleko. Tak się wydawało. Zapomniałem ze na nogach trzeba dojść. Brnę
zatem przez śniegi - bo chodniki słabo odśnieżone. Jestem w końcu.
Czytam rozkład, szukam ulic. Jest !!! zdaje się ze ten jedzie w moją
stronę. jakies dziwne nazwy ulic któych nie znam są po drodze, ale
powinienem dojechać. Poczekałem kilkanaście minut, znowu mi dupa
zmarzła - trochę mniej, bo wiata była, ale jednak. Wsiadłem. Ciepło,
może lekko zajeżdżało, ale w tym wypadku zdecydowanie lepszy lekki
smrodek niż zimne śweże. Jadę, zerkam nerwowo na zegarek, bo jak znam
moje szczescie to jak mi się czas skończy zaraz jakis kanar się
napatoczy. Rozglądam sie, co to ? Ups, skręcam w ulicę w którą nie
powinienem. Wysiąśc trzeba. Jasny szlag! Wysiadam zatem. Przystanek
następny widzę niedaleko, morda mi sie cieszy mimo że sztywna jak
maska. Uśmiechnąłem się i zęby mi zmarzły. W trzy minuty dotarłem, i
czekam na dyliżans. Z rozkładu wychodzi że powinien juz być. Nie ma.
Stoję i czekam, nos mi zamarzł, znaczy to co w nim miałem, dupa
ocyzwiście też. Zimno uśpiło moją czujność. Coś jedzie. Wsiadam, ciepło.
Super, tłoku nie ma. Bilet się skończył, czas znaczy, kasuje więc
drugi. Próbuję trafić w kasownik, bo trzęsie nieco, w końcu ulice pod
koniec zimy są jak ser nieprzymierzając szwajcarski. Jest, udało się
wszedł, rzegotnęło, rozgladam sie, a autobus zamiast prosto jechac, na
pierwszym skrzyżowaniu skręca w prawo. Rwał twoja nać !!!. Skręcił i
jedzie na Pszczółkę Maję czyli gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. Wysiadam
na pierwszym przystanku. Mróz jest, w końcu zima. Znów mi dupa
marznie. Przystanek w drugą stronę jest na szczęście po drugiej stronie
ulicy. czekam na jakikolwiek autobus, w końcu mam tylko jeden przystanek
do przejechania, tylko że długi. Po kilku minutach przyjechał,
wsiadam i jadę, dupa mi odmarza, ale nie całkiem bo za krótko jadę.
Wysiadam i ide do przejsćia dla pieszych. Ulica szeroka po trzy pasy w
każda stronę, więc czekam grzecznie, aż mi się zielone zapali. Mimo że
długo to trwa, wolę nie ryzykować. Ślisko jest a ruch jak na
Marszałkowskiej. W końcu i dla mnie zaświeciło zielone światełko.
Wracam, na przystanek z którego odjechałem kilkanaście minut temu.
Czekam na następny dyliżans. A dupa oczywiście marznie. minęło chyba z
10 minut i nic. Potem jeszcze dwie. I jeszcze jedna... Wytężam wzrok
i...Jest, gdzieś w oddali majaczą wymarzone kształty - nie to nie moja
żona, to autobus jedzie. Sprawdzam czy mnie nie wywiezie. Nie, tym razem
ten pojazd podąża w dobrą stronę. Dupa mi zamarzła. Wsiadam, jadę bilet
jeszcze ważny, ale nerwowo spogladam na zegarek. 4 przystanki i
wysiadka. Teraz jeszcze trzeba przejść z 500 metrów do kolejnego
przystanku. A wiatr jakos nie chce osłabnąć. nawet chyba zimniej się
zrobiło. Po paru minutach jestem na przystanku. Dwóch zmarzniętych
chętnychy i jedna chętna też zmarznięta, wszyscy czekają na transport.
Patrzę na rozkład, wychodzi na to że własnie 4 minuty temu odjechał.
Jakby odjechal toby ich tu, takich zmarzniętych nie było. Następny ma
być za jakies 16 minut. Iść czy zostać i czekać? Trudny wybór. Może
się spóźnia ten co to miał być cztery minuty temu? Liczę na Jakieś
zakrzywienie czasoprzestrzeni. A może jednak iść ?Jak pójdę to może się
trochę rozgrzeję, bo będzie ruch, ale jak będzie za zakrętem bardziej
wiało to mi znowu dupa zmarznie. Postanowiłem że poczekam. Niby stąd
jest niedaleko, ale jak sie jedzie samochodem. Piechotą to już nie tak
bardzo. to mniej wiećej tak jak na tej tablicy :-) No
więc czekam. Jakieś 12 minut może 13. Dupa mi zmarzła i bilet się
skończył. Przyjechał autobus. Wsiadłem, trzy przystanki i tylko
...jakieś 500 metrów na butach. Wysiadem z autobusu doszedłem do
warsztatu. Auto gotowe. Całe szczęście. Przez ten mróz zachciało mi
sie jeszcze do WC-tu. Ledwo znalazłem "końcówkę". Trzeba było
kalesonki w szafie znaleźć i na zadek założyć, a nie narzekać. Kolejnej
takiej podróży w tych warunkach atmosferycznych bym nie zniósł. Cała
"podróż" powrotna zajęła mi z półtorej godziny. Samochodem przejchałbym
to w 10 no może w 15 minut. Taniej wcale nie było i do tego zdecydowanie
dłużej, no i jeszcze ten cholerny mróz. Dupa odmarzała mi z godzinę.
Szczere wyrazy podziwu dla wszystkich którzy muszą jeździć komunikacja
miejską, a z przesiadkami to juz w ogóle. Nie dość że topografię miasta
znać muszą jak niegdysiejsi tasówkarze, to do tego rozkład jazdy też
wkuć muszą na pamięć. No i ten stracony czas. Wolę jednak mój stary
samochód. Sorry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz