poniedziałek, 26 sierpnia 2013

W SZWAJCARII ŁATWIEJ ZADYMIĆ...

Korzystając z tego, że moja krzywa intelektualna aktualnie rośnie, postanowiłem dopisac coś w temacie Szwajcarii. Dotknę żę tak to  ujmę PALĄCEGO problemu.
Przyznaję jestem palaczem, nie palę w kotłowni, choć pewnie miałbym wtedy ciepło  przez cały rok ...Jestem niestety palaczem papierosów.  Palę od dawna i  choć powinienem rzucic to  świństwo to  z przykrością stwierdzam że ... lubię zapalić... A jak  jest jeszcze do dymka dobre piwo  albo  szkalneczka whisky to już obowiązkowo.
W naszym kraju ta moja żarząca się przyjemność jest mocno  ograniczana rózymi przepisami, znakami, zakazami. Na przystankach nie wolno, na stacjach kolejowych nie wolno, w tramwajach, autobusach, pociagach. W restauracjach, pubach  muszą być strefy dla palących i niepalacych, a te dla palących są zazwyczaj  w okolicy  kibla.  Zgadzam sie z tym w zupełności, że dym papierosowy  śmierdzi, i  przeszkadza. Ale....Zawsze jest jakies ale.
Kilka miesięcy temu miałem to  szczęście byc w Szwajcarii... wycieczka darmowa, jako nagroda więc pojechałem...  Wsród szcześliwców nagrodzonych wycieczką było nas dwoje palących. Obawaiałem się ze taki kraj jak Szwajcaria, tak bardzo rozwinięty, tak bardzo nowoczesny, będzie miał restrykcyjne podejście do "dymiących" faje. Otóż jakie było  moje zaskoczenie !!!. Szwajcarzy  jarają, i  to  na potęgę. Na ulicach  w pubach, na przystankach, ba nawet na peronach na stacjach kolejowych. I  nikt ich nie goni za to, bo  palą OFICJALNIE !!!.  O ile na ulicach to normalne i  u nas, to  na przystankach  juz nie, a na peronach to juz całkowity zakaz. Palacze z Kraju Serów mają zamontowane na peronach popielniczki. Działające, nie dziurawe i  oprózniane. Żadne pety się tam nie walają, jest czysto... i nikomu  nie przeszkadza że ktoś pali  na peronie... może tam wiatr inaczej wieje niż u nas? Zdziwiło mnie zdziwienie Szwajcarów którzy siedzieli z nami przy stole, kiedy ja i druga wycieczkowiczka wstawaliśmy  i  odchodziliśmy na bok żeby "puścić dyma". Stwierdzili że było to bardzo  miłe i wielce kulturalne, dla nas to był oczywiste. Tu nasuwa sie mała dygresja - jak się okazało Polacy nie odstają zachowaniem od innych nacji, a czasami  zaskakujemy ich taktem i kulturą :-) wracając do tematu nie będe tego typu ułatwień dla palaczy oceniał, nie potępiam ( bo sam palę) ale też nie pochwalę ... bo wiem ze to przeszkadza innym... 
Nurtuje mnie tylko  jedno  pytanie.  Jak to  jest że tam jakos można po ludzku, czyli bez naszej  polskiej typowej przesady podejsc do problemu palenia? ... WIEM !!!... może dlatego  że nie są w UNII.?... 
Tam nadal  marchewka jest warzywem, a ślimak  nie jest rybą... 
konkluzja?  ......  trzeba rzucic palenie....

HISTORIA PEWNEGO WOLNEGO DNIA... CZYLI TEKST DLA POPRAWIENIA HUMORU

Była wczesna wiosna, marzec jakiś czy coś koło tego, Miałem wolny  dzień postanowiłem więc oddać samochód do  mechanika - przegląd trzeba w końcu było zrobić. I tak go  już odwlekałem. Olej, filtry, takie tam. No i w związku z tym miałem trochę czasu, jakieś 3 godzinki. Przecież nie będę stał ludziom nad głową. Postanowiłem pojechac do sklepu w którym robiłem zakupy dzień wcześniej i oddać nietrafiony zakup. Jest taka opcja, na całe szczeście. W tamtą strone miałem fart bo podrzucił mnie właściciel warsztatu, jechał akurat w tamte okolice. Ale z powrotem to  juz per pedes trza było - a dokładniej  ujmując "per transportum publicum".  No i tu się zaczęło... Tak dawno nie jeździłem zbiorową komunikacją że już nie pamiętam. A i wtedy był to tramwaj i to tylko kilka przystanków jedną linią. Tu stanąłem przed nielada wyzwaniem. Połączenia bezpośredniego nie było. Przesiadki mnie czekały. Na początek bilety: ide do kiosku i prosze o trzy zwykłe - tak na wszelki wypadek. Ja ci patrzę a tu  bilety na 40 minut i mnie wcięło. Zapłaciłem cos ponad dychę. Pomyślałem sobie - spoko, może to i lepiej, przesiadki mnie czekają to może na jednym dojadę , no góra na dwóch. Jak zostanie to moze sie  kiedys przyda, jeść nie woła. Ale nie wziąłem jednego pod uwage. Połączenia sie nie zazębiają w czasie, a więc za stanie na przystanku też płacę. Poza tym połączeń nie sprawdziłem (mea culpa) Trochę jak dziecko we mgle się poczułem. Znam miasto trochę i  ulice którymi  miałem sie poruszac ale mimo wszystko nieprzygotowany do zadania byłem. Co innego  jak sie swoim autem jedzie, a co innego  jak sobie musisz nazwy ulic przypominać. Nic to, pomyślałem. Ochoczo powędrowałem więc na przystanek tramwajowy. Czekam, czekam, dupa marznie. Spodnie zesztywniały, to co wspodniach  to już nie mówię. Wieje nieprzmierzając jak w kieleckim. Przyjechał w końcu czarter. Wsiadłem. Ciepło chociaz przez chwilę się zrobiło, bo raptem 3 przystanki  mogłem podjechać. Z nosa zaczęło mi cieknąć. a tu  trzeba wysiadać. Teraz na przystanek autobusowy. 500 może 700 metrów - niedaleko. Tak się wydawało. Zapomniałem ze na nogach trzeba dojść. Brnę zatem przez śniegi - bo  chodniki  słabo  odśnieżone. Jestem w końcu. Czytam rozkład, szukam ulic. Jest !!! zdaje się ze ten jedzie w moją stronę. jakies dziwne nazwy ulic któych nie znam są po drodze, ale powinienem dojechać. Poczekałem kilkanaście minut, znowu  mi  dupa zmarzła - trochę mniej, bo wiata była, ale jednak. Wsiadłem. Ciepło, może lekko zajeżdżało, ale w tym wypadku zdecydowanie lepszy lekki smrodek  niż zimne śweże. Jadę, zerkam nerwowo  na zegarek, bo  jak znam moje szczescie to jak mi się czas skończy zaraz jakis kanar się napatoczy. Rozglądam sie, co to ? Ups, skręcam w ulicę w którą nie powinienem. Wysiąśc trzeba. Jasny szlag! Wysiadam zatem. Przystanek następny widzę niedaleko, morda mi sie cieszy  mimo że sztywna jak maska. Uśmiechnąłem się i  zęby mi  zmarzły. W trzy minuty dotarłem, i czekam na dyliżans. Z rozkładu wychodzi  że powinien juz być. Nie ma. Stoję i czekam, nos mi zamarzł,  znaczy  to co w nim miałem, dupa ocyzwiście też. Zimno uśpiło moją czujność. Coś jedzie. Wsiadam, ciepło. Super, tłoku nie ma. Bilet się skończył, czas znaczy, kasuje więc drugi. Próbuję trafić w kasownik, bo trzęsie nieco, w końcu ulice pod koniec zimy są jak ser nieprzymierzając szwajcarski. Jest, udało się wszedł, rzegotnęło, rozgladam sie, a autobus zamiast prosto jechac, na pierwszym skrzyżowaniu  skręca w prawo. Rwał twoja nać !!!. Skręcił i jedzie na Pszczółkę Maję czyli gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. Wysiadam na pierwszym przystanku. Mróz jest, w końcu  zima.  Znów mi dupa marznie. Przystanek w drugą stronę jest na szczęście po drugiej stronie ulicy. czekam na jakikolwiek autobus, w końcu mam tylko jeden przystanek do  przejechania, tylko  że długi. Po kilku minutach przyjechał, wsiadam i jadę, dupa mi odmarza, ale nie całkiem bo za krótko jadę. Wysiadam i ide do przejsćia dla pieszych. Ulica szeroka po trzy pasy w każda stronę, więc czekam grzecznie, aż mi się zielone zapali. Mimo że długo to trwa, wolę nie ryzykować. Ślisko jest a ruch jak  na Marszałkowskiej. W końcu i  dla mnie zaświeciło zielone światełko. Wracam, na przystanek z którego odjechałem kilkanaście minut temu. Czekam na następny dyliżans. A dupa oczywiście marznie. minęło chyba z 10 minut i nic. Potem jeszcze dwie. I  jeszcze jedna... Wytężam wzrok i...Jest, gdzieś w oddali majaczą wymarzone  kształty - nie to nie moja żona, to autobus jedzie. Sprawdzam czy mnie nie wywiezie. Nie, tym razem ten pojazd podąża w dobrą stronę. Dupa mi zamarzła. Wsiadam, jadę bilet jeszcze ważny, ale nerwowo spogladam na zegarek. 4 przystanki i wysiadka. Teraz jeszcze trzeba przejść z 500 metrów do kolejnego przystanku. A wiatr jakos nie chce osłabnąć. nawet chyba zimniej się zrobiło. Po paru minutach jestem na przystanku. Dwóch zmarzniętych chętnychy i  jedna chętna też zmarznięta, wszyscy czekają na transport. Patrzę na rozkład, wychodzi  na to że własnie 4 minuty temu odjechał. Jakby odjechal toby ich tu, takich zmarzniętych nie było. Następny ma być za jakies 16 minut. Iść czy  zostać i czekać? Trudny  wybór. Może się spóźnia ten co to miał być cztery  minuty temu? Liczę na Jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni. A może  jednak iść ?Jak pójdę to może się trochę rozgrzeję, bo będzie ruch, ale jak będzie za zakrętem bardziej wiało to mi  znowu  dupa zmarznie. Postanowiłem że poczekam. Niby stąd jest niedaleko, ale jak sie jedzie samochodem. Piechotą to już nie tak bardzo. to  mniej wiećej  tak jak na tej tablicy :-) No  więc czekam. Jakieś 12 minut może 13. Dupa mi zmarzła i bilet się skończył. Przyjechał autobus. Wsiadłem, trzy przystanki i tylko ...jakieś 500 metrów na butach. Wysiadem z autobusu doszedłem do warsztatu. Auto gotowe. Całe szczęście.  Przez ten mróz zachciało  mi sie jeszcze do WC-tu. Ledwo znalazłem "końcówkę". Trzeba było  kalesonki  w szafie znaleźć i na zadek założyć, a nie narzekać. Kolejnej takiej podróży w tych warunkach atmosferycznych bym nie zniósł. Cała "podróż" powrotna zajęła mi z półtorej godziny. Samochodem przejchałbym to w 10 no może w 15 minut. Taniej wcale nie było i do tego zdecydowanie dłużej, no i jeszcze ten cholerny mróz. Dupa odmarzała mi z godzinę. Szczere wyrazy podziwu  dla wszystkich którzy muszą jeździć komunikacja miejską, a z przesiadkami  to juz w ogóle. Nie dość że topografię miasta znać muszą jak niegdysiejsi tasówkarze, to do tego rozkład jazdy też wkuć muszą na pamięć. No i ten stracony czas. Wolę jednak mój stary samochód. Sorry.

niedziela, 25 sierpnia 2013

KORFU...PIĘKNO I SPOKÓJ

Siedze w pracy, właśnie wróciłem z urlopu. Czuję się zmiażdżony. Powinni  wprowadzić okres ochronny dla ludzi  wracających z urlopów, najlepiej z bezpłatnymi konsultacjami  psychologa. To taka mał a dygresja mi się nasunęła...
Nie wiedziałem  że droga do  raju  wiedzie przez piekło.. ale jaki się okazało tamtędy  jest najkrócej.... Zanim dotarliśmy  do  raju, czekała nas droga. Trasa, znaczy  samochodem. Ze względów ekonomicznych oczywiście... Słowacja i Węgry  to  pikuś... Podobno jest siedem bram do  piekieł. My jedną z nich znaleźliśmy  na granicy  węgiersko-serbskiej. W zasadzie to pierwsze drogowskazy do piekła  zaczęliśmy widzieć jakies 100 km przed granicą. Korki na autostradzie czasami  się zdażają, zwykle spowodowane są wypadkiem, albo  remontami. Okazuje się ze na Węgrzech korki  na autostradzie robią sie bo  się robią... bez przyczyny. Bo  ludzie jeżdżą tak jakby  byli sami  na drodze, nie obchodzi ich, że tamują ruch, że spowalniają innych.  Przecież spokojnie jadąc 81 km/h można wyprzedzić tych  co jadą 80... można też lewym pasem jechać 60 .... W dupie z tymi  co są z tyłu... No w sumie to  dosłowna racja. Jakoś po ciężkich bojach dotarliśmy  do granicy. i  zaczęło się ... STANIE. W słońcu. temperatura na zewnątrz 43 stopnie... Dookoła nieprzebrane morze samochodów na niemieckich, austriackich i szwajcarskich numerach. W środku serbowie (chyba) czekający na wjazd do  swojego rodzinnego kraju. Posuwamy  sie w tempie 200 m na godzinę, My  podjeżdżamy... a Serbowie pchają swoje mercedesy, vw, audi i BMW.  Taczki by se kupili jak chcą pchać a nie samochody. Staliśmy jakies 6 godzin ...chyba, może więćej. W końcu wjechaliśmy. Autostrada nawet do przyjęcia, tylko te wszechobecne śmieci. Są wszędzie, wszyscy rzucają gdzie popadnie, nikt się nie przejmuje, tam gdzie są w ogóle jakies kosze, sa przepełnione, wylewa się z nich. Góry śmieci na parkingach, trawnikach, drogach. Do toalety na stacji benzynowej lepiej nie wchodzić... SYF !!!!  Wszechogarniający  SYF.... Powstało w nas jedno  marzenie... jak najszybciej wyjechac z tego  kraju. w Końcu  udało się dotrzeć na granicę serbsko - bułgarską ... żeby wyjechac z Serbii trzeba poświęcić kolejne 3 może 4 godziny... nie wiem nie liczyłem , miałem dośc tego  kraju.
W końcu Bułgaria, jakaś cywilizacja...teraz to już z górki. Jakieś 200 km w Bułgarii, jakies 500 w Grecji i  jesteśmy na miejscu. Potem tylko prom na Korfu. Godzinka na morzu z pieknymi  widokami, słońcem i  wiatrem we włosach...
Wracając jednak do "centrum sedna"... Pierwszy raz byliśmy w Grecji i postanowiliśmy tam zamieszkać na starość... to tyle :-).



Virgin Beach
A tak serio, Korfu jest absolutnie wspaniałym miejscem. Vitalades to mała wioska na południowym zachodzie wyspy, z daleka od krzykliwych i głośnych kurortów dla Anglików. Jest tu spokój i cisza , cykady, plaża i  morze. Apartament okazał sie zgodny w 100 % z opisem umieszczonym w internecie. Ani lepszy  ani gorszy. Był po  prostu wystarczający. do plaży  200 m... Plaża czysta piękna i  niezbyt zaludniona, woda w morzu ciepła i przejrzysta jak Cisowianka w butelce ...
 były i płatne parasole i dużo miejsca by rozłozyc własne... Niespiesznie toczyło się życie dookoła. Nie ma się co dziwić, w końcu 35 do 40  w cieniu. Za to  wieczór i noc  przyjemnie chłodne  18 do  20 ... więc okno otwarte na całą szerokość... Świeże owoce i  warzywa, oliwa, oliwki, wino , ser...... zachód słońca, ciepła woda... . W zasadzie to nie musieliśmy na plaży siedzieć wcale pośród ludzi... wystarczyło  pójść jakies 150 m w jedną lub druga stronę. i  byliśmy sami... bez tłoku, głośnej  muzyki, krzyków. Tylko plaża, ciepła woda i spokój..wypocząłem i dlatego nie chciałem wracać...Słowem raj. Szczerze polecam Korfu  wszystkim którzy chcą naprawdę  odpocząć.

MURPHY I JEGO PRAWA

Siedze sobie, piję zieloną herbatę - jak zwykle zreszta  i  przypomina mi sie prawo  Murphy'ego "Jak się ma coś zjebać, to zjebie się w najmniej odpowiednim momencie".
Tak to niestety jest. Tak mi się życie poukładało, że od kilku lat dojeżdżam do pracy do Kielc. Normalnie mieszkam sobie w Krakowie. Jeżdżę więc trzy cztery  razy w miesiacu  do Kielc. Za każdym razem siedze tam trzy albo cztery  dni. Łacznie 12 dni w miesiącu. Taki job. Nie jest wesoło ale teraz nigdzie nie jest wesoło. Ale ja nie o tym.
Otóż zauważyłem że powyżej  zacytowane prawo Murphyego jest niezawodne i działa, ZAWSZE !!!!!!!!!. Ot kilka przykładów z ostatnich miesięcy.
Siedzę sobie w domku - wolne mam znaczy, jakiś obiad przygotuję, albo zakupy  zrobię, pranie włączę a jak nie zapomne to  nawet powieszę. Sprzątam średnio, więc raczej się za to  nie biorę :-). Wszystkie sprzęty RTV i AGD działają w domu bez zarzutu. Jakby  normalnie nowe były. Żarówki świecą, ciepła i zimna woda w kranie, Telewizor program pokazuje. No  sielanka po prostu.
Przychodzi jednak dzień że trzeba do  roboty wyjechać. Rano jadę ok 6 bo na 8.30  mam byc w robocie. I CO? No jak to co. Zajeżdzam do roboty a tu  telefon z domu ... i Krzyk w słuchawce słyszę, że prądu nie ma w kuchni, dużym pokoju i łazience. Zagotować wody nie można, zmywarka nie działa, kuchnia bo elektryczna też, a najgorsze że piec (kocioł znaczy  do centralnego i ciepłej wody) też nie, bo sterowany  jest elektronicznie, czyli też prądu potrzebuje... FUCK... jasne zawsze jak mnie w domu  nie ma... Wracam po 3 dniach sprawdzam, no fakt, bezpiecznik sie spalił ten co  to pod niego - jakiś pieprzony amator elektryk połowę mieszkania podłaczył.  Sprawdzam jaki, wymontowuję jadę do sklepu -  dobrze ze blisko  mam - kupuję, wymieniam. Cała akcja  trwała 60 minut. Czemu  się nie spalił jak w domu  byłem? Na wszelki  wypadek kupiłem większy żeby większe obciążenia wytrzymywał. Teraz będzie spokój.  Niestety  za dwa dni do roboty trzeba jechać. Ale teraz powinno być przecież wszystko OK. Jadę do roboty.  Działam sobie  standardowo, robię  swoje, telefon z Domu  po  południu, piekarnik nie działa KURRRRRRR.... co jeszcze? Czemu jak mnie znowu  w domu  nie ma.!!!! Jakoś dali  radę trzy dni wytrzmali, wracam, włączam piekarnik i ... działa... sprawdzam, patrzę, oglądam - wszystko ok.
Za kilka dni wyjeżdżam - do roboty - normalnie, pracuje sobie spokojnie a po południu telefon... z domu oczywiście - Wkurw straszny  słysze w słuchawce .. wylewka sie popsuła w zlewie... cieknie ... woda naokoło pryska... ja pier..... dzwonię więc do Młodego, to jedyna szansa żeby  szybko  "naprawy dokonać", 14 lat ma ale mądrala, da radę. Mowię co trzeba i gdzie kupić. Poszedł, kupił. Dzwoni że ma. Wymienić trzeba, przez telefon mówię co i jak, dobrze że pojętny i inteligentny ( to pewnie po  Mamusi ) no 5 minut mu to zajęło. A cała naprawa kosztowała 8,45.  Po dwóch dniach wróciłem do domu.  Jestem te kilka następnych dni, wszystko działa jak w zegarku.  Ale znowu czas nadszedł do  pracy  jechać, następne 3 dni mnie nie będzie. Sprawdzić trzeba czy  będzie nadal działać. wygląda że jest OK. 6 rano wyjazd, melduje się w "fabryce" 8,30. Działam. Po południu telefon z domu - Żonkil dzwoni na granicy  załamania nerwowego ... jakies zwarcie się robi gdzieś bo  korki wybija, u  dzieci  w pokoju  prądu  nie ma, no miazga... po powrocie sprawdzam, okazuje się "listwa" zwiera. Czemu  kurwa nie zwierała  jak w domu  byłem ? kupuję inną i  po  problemie. CO JESZCZE sie spierdoli? I CZEMU jak mnie w domu nie będzie?... Najlepiej  byłoby w szałasie mieszkać albo  w namiocie... chociaż nie. Pewnie by sie że śledzie powyginały i maszt połamał  jakbym wyjechał...  albo  stado wilków zjadło  wszytkie zapasy...
PAMIĘTAJ, MURPHY POWIEDZIAŁ: ... JAK BYS NIE STANĄŁ I TAK DUPA Z TYŁU....

PÓŁ-PRZEWODNIK

Postanowiłem wrócic jeszcze z kilkoma zdaniami na temat Korfu. Wyjatkowo  jak  na nas, jadąc na wczasy Mniej więcej wiedzieliśmy gdzie  jedziemy - znaczy  mieliśmy  przewodnik, nawet w części  przeczytany. Zresztą na miejscu  też postanowiliśmy  korzystać z tego  wydawnictwa. Był to  przewodnik z serii "Marco Polo" wydawnictwa Daunpol sp. z o.o. Ładnie wydane, trwałe. Mój  Żonkil zagłębił sie w lekturę  i po kilku dniach wylegiwania się na plaży i czytania przewodnika w wolnych chwilach postanowiliśmy przejechac się po Wyspie. Jak się okazało po wczytaniu się wtreść, przewodnik został napisany kilkanaście lat temu ...Skąd taka myśl... Autor pisze o Jugosławii !!!! ... Boże wielki  kiedy  to było jak  ten kraj  istniał... Skandaliczne więc jest to, że nie chciało się polskiemu  wydawcy nawet korekty zrobić i uaktualnień. To przedruk lub dodruk bez zwracania uwagi czy  to co jest w treści pokrywa się z rzeczywistością... Poza tym sporo błędów i nieaktualnych danych. Niedokładna mapka, ze źle zaznaczonymi  polecanymi przez autora miejscami. No i ta propozycja ozycja wycieczki po Wyspie! Jest skonstruowana tak, że chcąc z niej skorzystać kręcisz się po terenie jak gówno w przeręblu. Konkludując, kupując przewodniki  zwracajcie uwagę nie tylko na to jak on wygląda ale i na to kiedy  został wydany , ale przede wszystkim na to kiedy został napisany. Bo może się okazać, że kilkudziesięciokilometrowa wycieczka będzie stratą czasu i  pieniędzy. I jedyne coi  wam po niej  pozostanie to zdenerwowanie....

poniedziałek, 22 lipca 2013

GDZIE BY TU ZAMIESZKAĆ?

Zauważyłem  regres ... u  siebie. Nic napisac nie mogę. Taką jakąś mam pustkę w głowie. Niby  tematy jakies same się cisną, i  przemyślenia też jakies tam sie układaja w moich zwojach, ale jak przychodzi co  do czego to jakoś jednego sensownego  zdania sklecić nie mogę. Zdaje się że wena znowy  gdzieś sobie zniknęła. Pół biedy jak wyskoczyła gdzies na chwilę, ale co będzie jak wyjechała  na dłużej? albo  nie daj Bóg wyemigrowała na stałe. No  masakra będzie. Trzeba będzie albo  samemu na jakiś czas sie oddalić w blogowy  niebyt ... albo pójśc w ślady weny i  wyemigrować.
Nawet się nad tym ostatnio zastanawiałem. Rozmawialiliśmy o tym z miom Żonkilem. Logistycznie jakos byśmy to rozwiazali, choć problem byłby nie lada. Ale mój Kwiatuszek ma "łeb nie od parady", takie planowanie to Ona w małym palcu ma, więc co  prawda parę godzin by posiedziała ale powstałby niezawodny, przewidujący wszyskie możliwości i  utrudnienia, oraz minimalizujacy koszty plan. Jest mistrzynią planowania :-)
Wracając jednak do "centrum sedna". Jest kilka, jak to ładnie mówią w biurach podróży, ciekawych i wartych zastanowienia "destynacji".  I tu pojawia się mały problem.  Otóż, gdzie? Wybrac wbrew pozorom nie jest łatwo.
To co jest w miarę blisko, taka Norwegia albo Szwecja dajmy  na to, niestety odpadają... mimo że tam żyje się łatwiej niż tu. Fiordy  co  prawda oswojone mam i z ręki mi jedzą ale ciemno  tam i zimno ... dni krótkie i doła można złapać. Dziękuję bardzo, dołek swój juz mam i wiekszego nie potrzebuję.
Azja? - no owszem życie tanie masa owoców  pyszne ryby i w ogóle, tylko że te monsuny, huragany, tsunami, nie mówiąc juz o trzęsieniach ziemi, amebie i  ptasiej grypie w wersji 2.0.
Anglia? - jakież to zwykłe i  popularne... Po pierwsze Naszych tam od groma, angole nie lubią nas juz tak jak kiedyś, zresztą nie po to człowiek studia zrobił  żeby  na farmie gnój  przerzucać... 
Irlandia? -  cóż mieliśmy  ją mieć tu  na miejscu, ale jakos nie wyszło, więc sporo naszych tam pojechało, W końcu  jest powiedzenie jak nie przyszedł Mahomet do  Góry to Góra przyszła do Mahometa...
To może za ocean? Jest tam kilku znajomych jeszcze z czasów szkolnych, ale to po pierwsze trochę daleko, a poza tym jak widać ostatnio,  tam masa świrów, łatwy dostęp do broni, no i otyłe społeczeństwo mają :-).
Kanada odpada bo tam tylko  łosie, renifery i jeziora mają. A ja jakoś zaprzęgiem psim nie powożę, a i kajak to nie jest mój ulubiony środek lokomocji.
I  pozostają Nam tylko antypody. Czyli świat do  góry  nogami. Czytam sporo  ostatnio informacji i opinii o tym jak  tam się żyje. Same superlatywy. Zwłaszcza o  Nowej Zelandii.  Że pięknie, spokojnie, dostatnio i na luzie. Że ludzie mili, niska przestępczość, za wodę sie nie płaci. Że rodziny  mają ułatiwony  start. Nie jest łatwo wyjechać ale jak się juz uda to normalnie prawie raj. Jedyny  problem to ..odległość... czułbym sie jak  ten krasnoludek z dowcipu który mieszkał Za siedmioma górami i za siedmioma lasami, wyszedł on kiedyś przed swoją piękna chatkę, odetchnął głeboko swieżym powietrzem i  stwierdził ..." KURWA jak JA mam Wszędzie Daleko!!!"
reasumując trzeba chyba poczekać jak  wena  wróci z wojaży, bo ja jakoś na razie nie widzę żeby sie z całą rodziną wynosić z naszego  pięknego  ale jakże pokręconego kraju. Choć kto wie co  będzie jutro?
póki co  czekam .....

Gdzie na wakacje?


Co  prawda pierwszy  miesiac wakacji  już niedługo  będzie za nami  ale nie wszyscy  jeszcze zażyli  letniego  wypoczynku. Między  innymi Ja tez jeszcze nigdzie nie byłem. Ale niedługo  to  się zmieni. Zastanawialiśmy  sie długo z  Żonkilem gdzie by tu  wyjechać i  w jakim , jakby to  ująć, trybie. Kierunków trochę w internecie spenetrowaliśmy, znajomych popytaliśmy. Potem była analiza ofert. Jakosciowa, odległościowa i oczywiście cenowa. Założyliśmy mniej więcej 2 tygodniowe wczasy. Po pierwszych "przesłuchaniach" odpadły  wycieczki lotnicze... Cóż 5 osób, na 2 tygodnie.. to  daje minimum 14 tysi. Wiecie 3 dzieciaków wymusza wykupienie opcji 'ALL INCLUSIVE". Słodycze lody  i picie idą w hurtowych ilosciach. Dlatego automatycznie odpadły wszystkie kraje bliskiego  wschodu. Zresztą byliśmy juz w Turcji, w Tunezji też. Postanowiliśmy więc wynająć apartament, pojechac samochodem, i samemu sobie organizować wikt. Zawsze to nieco taniej. Poza tym można sobie pozwiedzać trochę chociaż, coś zobaczyc na własną grabę a nie tylko  siedzieć w hotelu albo na przyhotelowej plaży. Zdecydowanie gdzieś w Europie. Na początek padło na Włochy, tu niestety ceny  na wybrzeżu były  dla nas nieosiaglne,a znajomy  który mieszka w bardzo ładnym miejscu nie miał wolnej chałupy. Włochy odpadły  po długich i ciężkich "przesłuchaniach" w drugim etapie. Do półfinału zakwalifikowały sie wstępnie :Hiszpania, Francja, Chorwacja, Grecja i  Albania. Hiszpania i  Francja niestety odpadły zaraz na początku. Za daleko, za krótki urlop. Moze Chorwacja ? W miarę blisko, ceny  dość przystępne... Co  prawda byliśmy parę lat temu w Czarnogórze ale to  podobno nie to samo. Chorwacja przepadła z jednego  powodu... niezbyt dużo piaszczystych plaż.  Dla 5latka najważniejsze oprócz ciepłej  morskiej wody  jest to  by postawić zamek z piasku, a dla rodzica 5latka najważniejsze jest by miał spokój kiedy  5latek ten zamek z piasku stawia. Do ścisłego  finału  dostała się więc Grecja i Albania. Dziwne prawda? NIe to że Grecja, to że Albania :-) Przejżyjcie sobie oferty apartamentów w Albanii... Naprawdę dobre ceny i wysoki standard... Zadziwiające jak bardzo się to  zmieniło przez ostatnie 10 lat. Z kraju który  kojarzył się z komunizmem i  pasterzami kóz, zrobił się kraj turystyką stojący i na tej  turystyce zarabiajacy. Zastanawialiśmy  się chwilę i.. and the winner is : GRECJA!!! chyba przeważyła tu starożytna kultura i oryginalny ser feta z oliwkami i  pomidorami. No i tanie lokalne wino (podobno jest po 1,5 euro za butelkę). Chcemy bardzo tego skosztować... , zaznac spokoju i ciczy na plaży w niewielkiej miejscowości  na południowym zachodzie Korfu. Poczuć zapach czystego morza, zanurzyć się w ciepłych falach, poczuć pod stopami gorący  i miałki  śródziemnomorski piasek. Podobno na krecie bywał Cesarz Neron i trybun Cycero... A może sie uda i ktoregos wieczoru  z morskiej piany  wyłoni sie Afrodyta bo  sobie pomyli wyspy ? kto wie ...

piątek, 19 lipca 2013

Slalomem po asfalcie

Jechałem ostatnio trasą Kraków - Busko Zdrój (w obie strony). Trasa powiem Wam fajna, nie jest to autostrada, ale Polska piękna jest, więc widoki  rekompensowały  z powodzeniem braki w infrastrukturze drogowej. Asfalt gładki, czarny  i przyczepny, bez dziur, łat i innych uzupełnień. Normalnie sielanka... by była, gdyby nie jedna rzecz. Większość tej  trasy została wyremontowana z unijnych pieniędzy. Jechało się pięknie aż do  momentu gdzie brakło  nawierzchni - znaczy  robili  ją i  brakowało  wierzchniej  warstwy. Niby niewiele. Jednak  musiałem jechać slalomem, lewo, prawo, środek. lewo prawo środek. Gładko było,  poza tym, że ponad poziom asfaltu wystawały  studzienki kanalizacyjne. Wystawały  na mniej  więcej  10 cm. więc cały czas lewo  prawo środek. Zacząłem się zastanawiać jak to  jest, że w całym cywilizowanym świecie, kanalizacja zrobiona jest wzdłuż drogi, ale pod poboczem lub krawężnikiem. Tam nie ma z tym problemu, że kanały  są z boku drogi i łatwiej dzięki temu kanalizację serwisować. W naszym pięknym kraju nie idziemy na łatwiznę. U Nas kanalizacje robi się centralnie pod pasem ruchy. Jak się taki kanał zapcha, albo  coś nie działa to trzeba asfalt zrywać. Super pomysł. Utrudnienia w ruchu,  zwężenie itd. I  jedzie człowiek sobie piękną drogą i czuje się jak w pociągu... Słyszy cały czas ,,,tu tu, tu tu, tu tu,tu tu, ... albo lewo prawo środek Częstotliwość zależy  od prędkości. Raz najeżdżasz lewym kołem raz prawym. Lewo  prawo  środek. Założę się, że to  tak  specjalnie jest zrobione żeby nie się asfalt równo niszczył jakby  ktoś chciał wymijać studzienki. A może po to  żeby  szybko nie jeździć? Albo  po to  żeby  się równo  opony i amortyzatory w samochodach niszczyły? Kto wie co  miał na myśli  ktoś kto to projektował? Tak czy inaczej  trzeba podziwiać twórczą inwencję projektantów i dbałość o nasze samochody a co  za tym idzie o  nasze portfele. Dziękujemy  Ci kimkolwiek jesteś, O WIELKI MÓZGU ... który  dba o  właścicieli serwisów i  warsztatów samochodowych, oraz o przychody firm produkujących części  do samochodów i opony. Dziękujemy, że nasza gospodarka w tej gałęzi  przemysłu tak prężnie się rozwija pomimo ogólnoświatowej recesji. Myślę że można by ten sposób na rozwój  gospodarki opatentować i  sprzedać na zachód. W końcu przestali by odczuwać recesję.  LEWO  PRAWO ŚRODEK

Zielono Mi ...nie jest

Wakacje w pełni  i wiele osób wyjeżdża, albo planuje wyjazd. Niektórzy szczęśliwcy lecą samolotem, albo  płyną statkiem. Inni wyjeżdżają w Kraj nasz Piękny. Jeszcze inni wybierają pewną pogodę, nieco droższe wczasy (choć to jest względne) i wydalają na południe Europy... Po drodzę na wymarzone plaże, coniektórzy  potrzebowac będą Zielonej  Karty. 
Nie chodzi mi  tu jednak o "TĘ"  wyjątkową, uprawniającą do  walki o  lepsze życie, porządaną przez kilkaset milionów ludzi ze wszystkich stron i krajów świata, ZIELONĄ KARTĘ. Tematem  będzie "zwykła zielona karta", potrzebna by wjechac samochodem na teren państw które nie są w Unii Europejskiej. Wydawało by się, że ten problem już za nami. Przecież jak się wykupuje ubezpieczenie komunikacyjne, zwane OC, to  zielona karta "jest w zestawie". Tez tak myślałem. Otóż, nie do końca. Wybieramy sie na wczasy, i tak się składa że GPS wyznaczył naszą trasę przez Serbię i Macedonię. Państwa te nie należą do Unii, więc zielony świstek trza mieć. Jakoś do tej  pory się nad tym  nie zastanawiałem, bo  zawsze w komplecie przychodził, a ja i tak nie wyjeżdżałem z Kraju, nie mówiąc już o Unii, więc jakos szczególnego  pociągu w stronę Zielonej nie odczuwałem. Ale w tym roku - pierwszy raz od 5 lat,  ambitnie postanowiliśmy  pojechac w ciepłe kraje. Zeby taniej było, w końcu rodzina 5 osobowa, wybraliśmy jako środek lokomocji samochód. Zawczasu jednak, czyli inaczej niż zwykle :-), zabraliśmy sie za przygotowania do tego wiekopomnego i jakże ważnego  wydażenia w życiu całej naszej  rodziny. Tak wiec mamy juz załatwione ubezpieczenie. Telewizyjne i  prasowe materiały o ludziach, którzy zaciągnęli grube kredyty na leczenie w zamorskich krajach, szybko przekonały  Nas z Żonkilem, że nie ma co sie pipac w szczypę i się ubezpieczymy... na wypadek gdyby mnie szlag trafił na obczyźnie albo co. Nawet niedrogo wyszło. Oczywiście mamy też karty EKUZ dla całej naszej piątki....    
Auto  sprawdzone, przygotowane, przejżane, olej wymieniony, nawet instalację gazową założyliśmy. Wiem Wiem, gaz jest dobry do gotowania wody na herbatę... też tak mówiłem dokąd nie zakupiłem mocno zużytej Toyoty z gazem. I odtąd 100 km przejeżdżam za około 23 złote.... Jak mówi piosenka AC/DC -  MONEY  TALKS :-).
Tak więc w samochodzie Żonkila gaz zaistniał. Przeliczyliśmy, że na samym wypadzie na wakacje zwróci nam się w połowie. Zostało  tylko  ubezpieczenie samochodu. OC i AC jest, jest też NW... powinna byc zielona karta.... Szukam, przeglądam.. przypomniało mi sie że ubezpieczałem samochód przez internet w "moim" multibanku.. więc szukam maila z polisami... jest. Hurra !!! otwieram przeglądam...patrzę...kurka siwa....nie ma. Dzwonię na multilinię, tam przemiłym głosem Pani informuje mnie, żeby skontaktować się z bezpośrednią infolinią Breubezpieczenia. co też czynię. Tam, juz mniej miłym głosem, bo męskim, Pan wyjaśnia mi, ze w ubezpieczeniu multidirect nie ma takiej opcji. JAK TO NIE MA TAKIEJ OPCJI. Poza tym JAK TO OPCJI????????? przecież to jest darmowy druk!!! NI HUHU... Fachowo wyjaśnia mi, że Zieloną Kartę mogę wykupić w jakimkolwiek  innym towarzystwie... WYKUPIĆ!!! coś co powinno  byc darmowe przy ubezpieczeniu OC które mam.
No cycki mi opadły...
zadzwoniłem do  znajomej agentki ubezpieczeniowej... Znajdzie mi  gdzieś Zieloną Kartę, Ale wcale tak łatwo wykupić ją u  innego ubezpieczyciela nie będzie.
Wydawało mi się, że w Polsce jest już w miare normalnie....nie jest... Morał z tego  taki. Patrz co kupujesz i  sprawdzaj, dopytuj i wymagaj... bo coś, co Ci się moze wydawać standardem i normą, w naszym kraju jest OPCJĄ... i to czasami  jak sie okazuje, niedostępną.

niedziela, 7 lipca 2013

poukładane życie...

Postanowiłem napisac o czymś co  dla mnie jest naturalne i  codzienne, a co dla cześci  z Was, albo dla wiekszosci nie jest codziennością.
Życie w ogóle, a zwłaszcza jego dorosła częśc dla większosci z nas wiąże się z układaniem. Głównie układaniem wszelkich zajęć pod potrzeby innych. Zaczyna się od przedszkola, potem jest szkoła, jedna, druga, studia. Potem większosć z nas idzie do  pracy. Praca, rodzina. Wszędzie trzeba dopasować się do kogoś lub z czyms do  czegoś.
Zaczynamy od rana, jak sa małe dzieci to do  przedszkola albo  żłobka, jak wieksze to do szkoły. potem praca, potem dom, po drodze dzieci ze żłobka, przedszkola albo szkoły (jak większe wrócą same) . Każdy  to ma. Ale chyba nie każdy ma do tego zrobiny GRAFIK!!! A JA tak… Moje a w zasadzie nasze życie rodzinne jest szatańsko sklomplikowane. Poniżej  przedstawiam stopień jego skomplikowania.
RODZINA : Sztuk 5. Dwójka dorosłych , trójka nielatów. Ja pracuję w innym mieście (12 dni w miesiącu, w każdym jednak  inne) więc wtedy nie ma mnie w domu, pozostałe jestem. Żonkil mój póki co :-) ma etat, czyli teoretycznie od do – ale jednak  nie do końca, bo jak  trzeba coś zrobić to  zostaje, a że obowiązkowa i skrupuilatna jest przy tym diabelnie… więc sami wiecie. Jeden nielat ma 4 wiosny  – co oznacza przedszkole, pozostałe dwa – nastolatki, znaczy samoobsługowe (teoretycznie :-) ). Ale że życie składa się z bardzo  wielu drobnych czynności, więc nie jest tak słodko i  rózowo i każde z nas ma cos do zrobienia. Ktoś musi odbierac młodziaka z przedszkola, ktoś musi zrobic zakupy, ktos  musi pojechac do lekarza a to z jednym a to z drugim. Nie mówiąc już o  wakacjach. Zawieźć do dziadków, przywieźć – koniecznie muszą być osobno !!!! nie razem – więc trzeba zapolanować „wymianę turnusów”. Do tego druga babcia – ten sam motyw. Potem wyjazdy do kolegów i przyjazdy kolegów, potem nasze wspólne wczasy… w międzyczasie praca i  pozostałe zajęcia czyli tzw. fuchy…. Żeby zatem można to  było  wszytko skordynowac jakoś w czasie oraz mieć czas na inne rzeczy  w międzyczasie  trzeba mieć GRAFIK !!!
I to nie byle jaki !!!.
Grafik uwzględnia wszytkich członków rodziny oraz  wszelkiego rodzaju  wydażenia mające nastąpić w ich życiu, (niektóre wymieniłem powyżej). Dodatkowo co  wielce istotne, wszelkie wyjazdy i  przejazdy  zaplanowane sa w taki sposób by robić jak najmniej kilometrów (dziadki  mieszkają daleko), a co  za tym idzie spalić jak najmniej paliwa i oczywiście nie tracić czasu  na siedzenie w samochodzie… czyli planowanie i logistyka, ekonomika zasobów oraz maksymalnie efektywne ich wykorzystanie w jednym.
tak tak … wszystko to rozpisane … piękna zajebista tabelka w Excellu. Kolory, daty, godziny  wydarzeń i czas ich trwania. Taki grafik dostaje każdy  członek  rodziny, a jesli potrzeba to i dziadkowie. Kiedyś dostawałą jeszcze opiekunka do młodego  jak był za mały  na przedszkole (wtedy ona też była w grafiku).
Autorką jest moja Żona. Gdyby  nie ta magiczna kobieta i jej tabelka -  zginąłbym jak Andzia w Parku. Wszyscy  byśmy zgnięli.
No mówie wam totalna absolutna miazga.

Płacić czy nie płacić...oto jest pytanie....

Ameryki nie odkryję ... W większosci krajów europejskich istnieje abonament RTV - w takiej czy innej formie. Jest w Anglii, Niemczech, Francji. Ściągalność w tych krajach sięga 95 %, a nawet 98%. Do tego oczywiście jest wyższ niż u nas. W Niemczech  18 euro miesięcznie, u  nas też 18 z groszami, ale złotych. Gdyby tę zawrotną sume podzielic na 30 dni to  wychodzi  raptem 62 grosze. To mniej niż rolka papieru toaletowego, nie mówiąc juz o jakiejkolwiek gazecie. I  właśnie, niby  to niewiele a płacic jakoś tej  publicznej  daniny  Polacy  nnie zamierzają. Bo  jak sam premier mówi żeby  nie płacic ... tylko skąd potem pretensje ze w TVP to nie ma co  oglądać... samo gówno. Ciągle tylko  reklamy... i  słabe programy. 
Pamiętam program "SONDA", prowadzony przez Kamińskiego i Kurka. Discovery Science w polskim wydaniu, I to  w latach 80 tych. REWELACJA !!! NIe ma takiego programu teraz. Dlaczego? BO pewnie słabo by się reklamy przy tym sprzedawały. 
Może teatr ? eee też reklamy  nie pójdą... Właśnie. Abonament dla publicznych mediów jest  po to, żeby nie czekać na relkamodawców. Żeby mógł  powstać Teatr Telewizji, albo programy  popularyzujące naukę, dokumenty... Programy na których trzeba zarobic sa w telewizjach prywatnych. Publiczna nie powinna byc regulawana słupkami oglądalności. Prywatna nie wyemituje teatru. Dokument? owszem ale taki w którym leje się krew i  trup ściele się gęsto...  
Abonament RTV to naprawdę nie są duże pieniądze... A tłumaczenie sie płaceniem abonamentu Cyfry czy  Polsatu... Prosze Was... to obrażanie swojej własnej inteligencji.