Zauważyłem regres ... u siebie. Nic napisac nie mogę. Taką jakąś mam pustkę w głowie. Niby tematy jakies same się cisną, i przemyślenia też jakies tam sie układaja w moich zwojach, ale jak przychodzi co do czego to jakoś jednego sensownego zdania sklecić nie mogę. Zdaje się że wena znowy gdzieś sobie zniknęła. Pół biedy jak wyskoczyła gdzies na chwilę, ale co będzie jak wyjechała na dłużej? albo nie daj Bóg wyemigrowała na stałe. No masakra będzie. Trzeba będzie albo samemu na jakiś czas sie oddalić w blogowy niebyt ... albo pójśc w ślady weny i wyemigrować.
Nawet się nad tym ostatnio zastanawiałem. Rozmawialiliśmy o tym z miom Żonkilem. Logistycznie jakos byśmy to rozwiazali, choć problem byłby nie lada. Ale mój Kwiatuszek ma "łeb nie od parady", takie planowanie to Ona w małym palcu ma, więc co prawda parę godzin by posiedziała ale powstałby niezawodny, przewidujący wszyskie możliwości i utrudnienia, oraz minimalizujacy koszty plan. Jest mistrzynią planowania :-)
Wracając jednak do "centrum sedna". Jest kilka, jak to ładnie mówią w biurach podróży, ciekawych i wartych zastanowienia "destynacji". I tu pojawia się mały problem. Otóż, gdzie? Wybrac wbrew pozorom nie jest łatwo.
To co jest w miarę blisko, taka Norwegia albo Szwecja dajmy na to, niestety odpadają... mimo że tam żyje się łatwiej niż tu. Fiordy co prawda oswojone mam i z ręki mi jedzą ale ciemno tam i zimno ... dni krótkie i doła można złapać. Dziękuję bardzo, dołek swój juz mam i wiekszego nie potrzebuję.
Azja? - no owszem życie tanie masa owoców pyszne ryby i w ogóle, tylko że te monsuny, huragany, tsunami, nie mówiąc juz o trzęsieniach ziemi, amebie i ptasiej grypie w wersji 2.0.
Anglia? - jakież to zwykłe i popularne... Po pierwsze Naszych tam od groma, angole nie lubią nas juz tak jak kiedyś, zresztą nie po to człowiek studia zrobił żeby na farmie gnój przerzucać...
Irlandia? - cóż mieliśmy ją mieć tu na miejscu, ale jakos nie wyszło, więc sporo naszych tam pojechało, W końcu jest powiedzenie jak nie przyszedł Mahomet do Góry to Góra przyszła do Mahometa...
To może za ocean? Jest tam kilku znajomych jeszcze z czasów szkolnych, ale to po pierwsze trochę daleko, a poza tym jak widać ostatnio, tam masa świrów, łatwy dostęp do broni, no i otyłe społeczeństwo mają :-).
Kanada odpada bo tam tylko łosie, renifery i jeziora mają. A ja jakoś zaprzęgiem psim nie powożę, a i kajak to nie jest mój ulubiony środek lokomocji.
I pozostają Nam tylko antypody. Czyli świat do góry nogami. Czytam sporo ostatnio informacji i opinii o tym jak tam się żyje. Same superlatywy. Zwłaszcza o Nowej Zelandii. Że pięknie, spokojnie, dostatnio i na luzie. Że ludzie mili, niska przestępczość, za wodę sie nie płaci. Że rodziny mają ułatiwony start. Nie jest łatwo wyjechać ale jak się juz uda to normalnie prawie raj. Jedyny problem to ..odległość... czułbym sie jak ten krasnoludek z dowcipu który mieszkał Za siedmioma górami i za siedmioma lasami, wyszedł on kiedyś przed swoją piękna chatkę, odetchnął głeboko swieżym powietrzem i stwierdził ..." KURWA jak JA mam Wszędzie Daleko!!!"
reasumując trzeba chyba poczekać jak wena wróci z wojaży, bo ja jakoś na razie nie widzę żeby sie z całą rodziną wynosić z naszego pięknego ale jakże pokręconego kraju. Choć kto wie co będzie jutro?
póki co czekam .....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz