Siedze
sobie, piję zieloną herbatę - jak zwykle zreszta i przypomina mi sie
prawo Murphy'ego "Jak się ma coś zjebać, to zjebie się w najmniej
odpowiednim momencie".
Tak to niestety jest. Tak mi
się życie poukładało, że od kilku lat dojeżdżam do pracy do Kielc.
Normalnie mieszkam sobie w Krakowie. Jeżdżę więc trzy cztery razy w
miesiacu do Kielc. Za każdym razem siedze tam trzy albo cztery dni.
Łacznie 12 dni w miesiącu. Taki job. Nie jest wesoło ale teraz nigdzie
nie jest wesoło. Ale ja nie o tym.
Otóż
zauważyłem że powyżej zacytowane prawo Murphyego jest niezawodne i
działa, ZAWSZE !!!!!!!!!. Ot kilka przykładów z ostatnich miesięcy.
Siedzę
sobie w domku - wolne mam znaczy, jakiś obiad przygotuję, albo zakupy
zrobię, pranie włączę a jak nie zapomne to nawet powieszę. Sprzątam
średnio, więc raczej się za to nie biorę :-). Wszystkie sprzęty RTV i
AGD działają w domu bez zarzutu. Jakby normalnie nowe były. Żarówki
świecą, ciepła i zimna woda w kranie, Telewizor program pokazuje. No
sielanka po prostu.
Przychodzi jednak dzień że trzeba do roboty wyjechać. Rano jadę ok 6 bo na 8.30 mam byc w robocie. I CO? No
jak to co. Zajeżdzam do roboty a tu telefon z domu ... i Krzyk w słuchawce słyszę, że prądu nie ma w
kuchni, dużym pokoju i łazience. Zagotować wody nie można, zmywarka
nie działa, kuchnia bo elektryczna też, a najgorsze że piec (kocioł
znaczy do centralnego i ciepłej wody) też nie, bo sterowany jest
elektronicznie, czyli też prądu potrzebuje... FUCK... jasne zawsze jak
mnie w domu nie ma... Wracam po 3 dniach sprawdzam, no fakt,
bezpiecznik sie spalił ten co to pod niego - jakiś pieprzony amator
elektryk połowę mieszkania podłaczył. Sprawdzam jaki, wymontowuję jadę
do sklepu - dobrze ze blisko mam - kupuję, wymieniam. Cała akcja
trwała 60 minut. Czemu się nie spalił jak w domu byłem? Na wszelki
wypadek kupiłem większy żeby większe obciążenia wytrzymywał. Teraz
będzie spokój. Niestety za dwa dni do roboty trzeba jechać. Ale teraz
powinno być przecież wszystko OK. Jadę do roboty. Działam sobie
standardowo, robię swoje, telefon z Domu po południu, piekarnik nie
działa KURRRRRRR.... co jeszcze? Czemu jak mnie znowu w domu nie
ma.!!!! Jakoś dali radę trzy dni wytrzmali, wracam, włączam piekarnik
i ... działa... sprawdzam, patrzę, oglądam - wszystko ok.
Za
kilka dni wyjeżdżam - do roboty - normalnie, pracuje sobie spokojnie a
po południu telefon... z domu oczywiście - Wkurw straszny słysze w słuchawce ..
wylewka sie popsuła w zlewie... cieknie ... woda naokoło pryska... ja
pier..... dzwonię więc do Młodego, to jedyna szansa żeby szybko
"naprawy dokonać", 14 lat ma ale mądrala, da radę. Mowię co trzeba i
gdzie kupić. Poszedł, kupił. Dzwoni że ma. Wymienić trzeba, przez
telefon mówię co i jak, dobrze że pojętny i inteligentny ( to pewnie
po Mamusi ) no 5 minut mu to zajęło. A cała naprawa kosztowała 8,45.
Po dwóch dniach wróciłem do domu. Jestem te kilka następnych dni,
wszystko działa jak w zegarku. Ale znowu czas nadszedł do pracy
jechać, następne 3 dni mnie nie będzie. Sprawdzić trzeba czy będzie
nadal działać. wygląda że jest OK. 6 rano wyjazd, melduje się w
"fabryce" 8,30. Działam. Po południu telefon z domu - Żonkil dzwoni na
granicy załamania nerwowego ... jakies zwarcie się robi gdzieś bo
korki wybija, u dzieci w pokoju prądu nie ma, no miazga... po
powrocie sprawdzam, okazuje się "listwa" zwiera. Czemu kurwa nie
zwierała jak w domu byłem ? kupuję inną i po problemie. CO JESZCZE
sie spierdoli? I CZEMU jak mnie w domu nie będzie?... Najlepiej byłoby w
szałasie mieszkać albo w namiocie... chociaż nie. Pewnie by sie że śledzie powyginały i maszt połamał jakbym wyjechał... albo stado wilków zjadło wszytkie zapasy...
PAMIĘTAJ, MURPHY POWIEDZIAŁ: ... JAK BYS NIE STANĄŁ I TAK DUPA Z TYŁU....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz