niedziela, 25 sierpnia 2013

MURPHY I JEGO PRAWA

Siedze sobie, piję zieloną herbatę - jak zwykle zreszta  i  przypomina mi sie prawo  Murphy'ego "Jak się ma coś zjebać, to zjebie się w najmniej odpowiednim momencie".
Tak to niestety jest. Tak mi się życie poukładało, że od kilku lat dojeżdżam do pracy do Kielc. Normalnie mieszkam sobie w Krakowie. Jeżdżę więc trzy cztery  razy w miesiacu  do Kielc. Za każdym razem siedze tam trzy albo cztery  dni. Łacznie 12 dni w miesiącu. Taki job. Nie jest wesoło ale teraz nigdzie nie jest wesoło. Ale ja nie o tym.
Otóż zauważyłem że powyżej  zacytowane prawo Murphyego jest niezawodne i działa, ZAWSZE !!!!!!!!!. Ot kilka przykładów z ostatnich miesięcy.
Siedzę sobie w domku - wolne mam znaczy, jakiś obiad przygotuję, albo zakupy  zrobię, pranie włączę a jak nie zapomne to  nawet powieszę. Sprzątam średnio, więc raczej się za to  nie biorę :-). Wszystkie sprzęty RTV i AGD działają w domu bez zarzutu. Jakby  normalnie nowe były. Żarówki świecą, ciepła i zimna woda w kranie, Telewizor program pokazuje. No  sielanka po prostu.
Przychodzi jednak dzień że trzeba do  roboty wyjechać. Rano jadę ok 6 bo na 8.30  mam byc w robocie. I CO? No jak to co. Zajeżdzam do roboty a tu  telefon z domu ... i Krzyk w słuchawce słyszę, że prądu nie ma w kuchni, dużym pokoju i łazience. Zagotować wody nie można, zmywarka nie działa, kuchnia bo elektryczna też, a najgorsze że piec (kocioł znaczy  do centralnego i ciepłej wody) też nie, bo sterowany  jest elektronicznie, czyli też prądu potrzebuje... FUCK... jasne zawsze jak mnie w domu  nie ma... Wracam po 3 dniach sprawdzam, no fakt, bezpiecznik sie spalił ten co  to pod niego - jakiś pieprzony amator elektryk połowę mieszkania podłaczył.  Sprawdzam jaki, wymontowuję jadę do sklepu -  dobrze ze blisko  mam - kupuję, wymieniam. Cała akcja  trwała 60 minut. Czemu  się nie spalił jak w domu  byłem? Na wszelki  wypadek kupiłem większy żeby większe obciążenia wytrzymywał. Teraz będzie spokój.  Niestety  za dwa dni do roboty trzeba jechać. Ale teraz powinno być przecież wszystko OK. Jadę do roboty.  Działam sobie  standardowo, robię  swoje, telefon z Domu  po  południu, piekarnik nie działa KURRRRRRR.... co jeszcze? Czemu jak mnie znowu  w domu  nie ma.!!!! Jakoś dali  radę trzy dni wytrzmali, wracam, włączam piekarnik i ... działa... sprawdzam, patrzę, oglądam - wszystko ok.
Za kilka dni wyjeżdżam - do roboty - normalnie, pracuje sobie spokojnie a po południu telefon... z domu oczywiście - Wkurw straszny  słysze w słuchawce .. wylewka sie popsuła w zlewie... cieknie ... woda naokoło pryska... ja pier..... dzwonię więc do Młodego, to jedyna szansa żeby  szybko  "naprawy dokonać", 14 lat ma ale mądrala, da radę. Mowię co trzeba i gdzie kupić. Poszedł, kupił. Dzwoni że ma. Wymienić trzeba, przez telefon mówię co i jak, dobrze że pojętny i inteligentny ( to pewnie po  Mamusi ) no 5 minut mu to zajęło. A cała naprawa kosztowała 8,45.  Po dwóch dniach wróciłem do domu.  Jestem te kilka następnych dni, wszystko działa jak w zegarku.  Ale znowu czas nadszedł do  pracy  jechać, następne 3 dni mnie nie będzie. Sprawdzić trzeba czy  będzie nadal działać. wygląda że jest OK. 6 rano wyjazd, melduje się w "fabryce" 8,30. Działam. Po południu telefon z domu - Żonkil dzwoni na granicy  załamania nerwowego ... jakies zwarcie się robi gdzieś bo  korki wybija, u  dzieci  w pokoju  prądu  nie ma, no miazga... po powrocie sprawdzam, okazuje się "listwa" zwiera. Czemu  kurwa nie zwierała  jak w domu  byłem ? kupuję inną i  po  problemie. CO JESZCZE sie spierdoli? I CZEMU jak mnie w domu nie będzie?... Najlepiej  byłoby w szałasie mieszkać albo  w namiocie... chociaż nie. Pewnie by sie że śledzie powyginały i maszt połamał  jakbym wyjechał...  albo  stado wilków zjadło  wszytkie zapasy...
PAMIĘTAJ, MURPHY POWIEDZIAŁ: ... JAK BYS NIE STANĄŁ I TAK DUPA Z TYŁU....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz